Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archive for the ‘ Blog ’ Category

900-lecie obrony Głogowa

Podczas ostatniego weekendu „przeżuwałem” obchody obrony (wtedy) grodu Głogów przed niemieckimi napastnikami. Nie mam zamiaru przedstawiać przyczyn ataku, może trochę dotknę mechanizm obrony, ale przede wszystkim spytam o mechanizm całej specyfiki „obchodów” wydarzeń historycznych.

Ponieważ wiedza minimalna jest podstawą do dalszego myślenia już czysto logicznego, zachęcam do zapoznania się z wyjaśnieniem Obrony Głogowa z Wikipedii.

Cały śmieszny pięciodniowy rozejm po porwaniu zakładników z podgrodzia to ciekawy moment w kształtowaniu się psychiki obrońców. Z jednej strony wielkie cesarstwo spokojnie daje różne alternatywne rozwiązania, z drugiej nie ma otwartego czystego dialogu pomiędzy dwoma podmiotami, a co wskazuje za czasem akcji handel wymienny.

I my, szlachetni głogowianie dwudziestego pierwszego wieku, triumfujemy teraz 900 lat później, urządzając na torze motocrossowym inscenizację walk. Zainteresowanie wystarczające, żeby samochody się pogmatwały, pogoda w sam raz na wrzątek na plecy wojów i chatynki biznesowe z nawet nie aż tak zbędnymi specjałami. We wszystkim tym dorzucimy jeszcze koncerty, pokazy, zdjątka rycerzątka, pokaźny odbiór i zaczyna przejawiać się wreszcie zryw. Coś, czego w codziennej czerwonej rzeczywistości nie spotykamy.

Pomimo zaangażowania niektórych wojów, potyczka nie wydaje się wcale strasznie nudna, scenografia jest naprawdę imponująca, szeroki dialog z przypadkowo napotkanymi ludźmi nt. chociażby różowego koloru stroju jednego z ważniejszych dowódców, funkcjonujący prawie jak internet, odległość obecności krwi dzieci głogowskich pradziadów nie jest aż tak zatrważająca i historyczna, wszystko jest tutaj rzeczywiste, prawdziwe, dobre.

Impreza masowa, na której wcale nie czuje się tego, co czuje się spoglądając na naszą-klasę, wszystkich tych polaczków. To było naprawdę patriotyczne.

Skończyliśmy sobotę, nadszedł dzień pański. Eucharystia, której kazaniem nie zgasił nawet biskup Stefan, połączone chóry tworzące jeden wielki Chór, wnętrze kolegiaty głogowskiej, to, że (jak potwierdził mój dziadek), prezydent jest chrześcijaninem, akcent muzyczno świetlny uroczystości, z wołaniem o pokój. Tylko szkoda, że kiedy śpiewałem Bogurodzicę, to byłem odosobniony.

Całość osobiście budująco, miastowo jeszcze bardziej.

Historia 900 lat później się przydaje.

Trafianie do celu

Kiedy dzisiaj rano jechałem rowerem do szkoły, w głowie miałem słowa zasłyszane z kazania jakiegoś księdza, że Madonna to z chrześcijaństwem może sobie robić co chce, a z czymkolwiek innym nie miałaby szans. (Tylko nie myślcie, że będę pisał o Madonnie albo o tym śmiesznym księdzu.)

Generalnie dzień wcale nie zapowiadał się dobrze, jak to później podsumował jeden z myślicieli „lepiej byłoby ten czas poświęcić na rozmowę”. Ale zaraz później przeszedł do szukania dobrych stron.

Zaskoczenie dla świadomości, bo dla umysłu raczej nie. W zeszłym roku już się dowiedzieliśmy, że może będziemy chodzić na kręgle na lekcjach wychowania fizycznego, ale o ósmej dwie podczas przypinania roweru na pewno nie miałem zaplanowanej reakcji na ten stan rzeczy.

Naprawdę elementarne szkolenie z podstawami reakcji porysowanego toru na brudne obuwie, przedarcie się przez metalowe barierki, zważenie kuli w dłoni, spojrzenie na odległą zwartą grupę białych wrogów (może raczej pomocników), parę kroków rozbiegu, nałożenie pod linką, świst, oczekiwanie, rynna…

Żarty, że trening myszką w domu pomoże, elementy strategii, jakieś dziwne oddalenie świadomości, ale w końcu jest 9!

Przekładanie się czasu na celność.

I powrót do kolejnych ważnych uśmiechów. Gdyby zapamiętywać tylko złe sytuacje, nigdy nie zdąży się powiedzieć jestem nieprzygotowany.

Cywilna odwaga, w której cel jest naprawdę bliski, przyjacielski, niestraszny. Sprawdzenie siebie.

Starczy tych głupot, podsumowanie dnia i wracam rowerem do domu. Niebiescy przyjaciele tym razem skierowali mnie na zupełnie śmieszną, może nawet czysto abstrakcyjną, kolejną sytuację trafiania. Nie wiedzieć dlaczego zmieniłem odwieczną trasę Grunwaldzką.

Po lewej stronie chodnik, po prawej ścieżka rowerowa. Za jakieś 50 metrów piesi. Stoją, jakby wpatrzeni w górę, jakaś babcia z wnuczkami. Młoda, która siedziała w wózku, z takim dystansem. Ja chyba też, ale niewolnie spoglądam do góry na rosnące drzewa. I powtarza się sytuacja: zmierzenie środków, celowanie w zieloną koronę, nabieg…

Łaaa, czemu ta babcia rzuca kijem w drzewo? Źle pojęta wolność? Przeświadczenie o uciekającym czasie na spróbowanie wszystkiego? (akcja dzieje się tuż obok cmentarza). Co to się dzieje z tym trzecim pokoleniem?

I wreszcie spadające gdzieniegdzie kasztany. Cel zdobyty. Nieważne jak mały, ważne, że cieszy. Chociaż ma zielone kolce, w środku jest gotowy do przyjęcia zapałek konstrukcyjnych.

Prawdziwa Madonna jako królowa raczej powinna mieć prawo do robienia z chrześcijaństwem wszystkiego, co się jej podoba.

Sztuczna Ciccone, oburzony ksiądz, moherowa kasztanka, początkujący kręgiel, i uczeń wykorzystania szkolnego czasu mają tylko okazję do wyznaczania malutkich celów. Trafianie cieszy